
Jeśli po niespełna dwóch latach od powstania kapela ląduje na Wacken Open Air – to muzycznie powinno być dobrze. Dopiero potem ukazuje się debiutancki album. To mądre posunięcie, bo można koncertowo otrzaskać cały materiał, wywalić to, co niepotrzebne i zostawić samo jądro. Wrocławianie z The Sixpounder tą droga postanowili pójść. Czy wyszło im to na dobre?
Debiutancka płyta zdaje się to potwierdzać. Odkładałem w czasie recenzję tego albumu. Przyczyna była prosta. Od pierwszego odsłuchania zbytnio mi się ten materiał podobał, by natychmiast go recenzować. Musiało upłynąć trochę czasu, bym sam nabrał do niego dystansu.
„Going to Hell? Permission Granted” to w zasadzie dzieło skończone. Trywialnie nieco tytuł płyty to połączenie tytułów pierwszego i ostatniego utworu,a w zasadzie intro i outro albumu. Z drugiej strony jednak taki zabieg sugeruje świadomie zastosowaną klamrę stylistyczną tudzież muzyczną, w której zawiera się cały koncept płyty.
A co usłyszymy na tym albumie? Hmmmm.. no nie ma się czego przyczepić. Słowo. Dlatego dalszy ciąg tej recenzji będzie zwyczajnie nudny. W dodatku nie posłużę się wcale odniesieniem do działa pancernego w nazwie zespołu. Płyta The Sixpounder brzmi jak zachodni album z najwyższej półki. Znakomite bębny, na co zwrócicie uwagę, bo dziwnie często w polskich produkcjach ten element kuleje najbardziej. Tutaj mamy bębny zrobione raczej po amerykańsku, niż po szwedzku, są bardziej „mięsiste” niż „twarde”. W połączeniu z ciepło w dole brzmiącym basem (podkreślam brzmiącym, a nie charczącym), słyszymy naprawdę dobrą sekcję. No a na tym dobry kompozytor jest w stanie zbudować niemal wszystko. Z tej recepty znakomicie potrafią The Sixpounder skorzystać, co robią zresztą od początku do końca płyty. Czy to się sprawdza? Jeśli nie macie ochoty skupiać się na całym albumie, polecam „Last True Cowboy Manifesto”, ze znakomitą introdukcją opatrzoną znakomitym wokalem. To jest najlepszy dowód jakości brzmienia i dokładności warsztatowej pałkera i bassmana. Gdybyście wchodzili ze swoimi kapelami do studia w celach rejestracji materiału, życzę Wam wszystkim tak brzmiącej sekcji, jak chociażby w „Mimic”.
Darek Krawczyk
Recenzje płyt