Wpisanie w nazwę gatunku słów: “Metal kur*a!” jest dosyć wymownym gestem. Na tej płycie dostajemy dziesięć utworów, które są ciekawą mieszanką ostrych groove metalowych riffów i niezłej melodyki. Wokalista w miły dla metalowego ucha sposób (tragiczny zlepek słów, prawda?) eksperymentuje ze swoim głosem. Mamy tutaj fajnie wykrzyczane frazy, które w odpowiednich proporcjach splatają się z czystymi wokalami.
Kawałki są ciekawie zaaranżowane, może i bez wielkiej agresji (blasty usłyszymy tylko w przedostatnim utworze), ale brzmi to całkiem nieźle. Raczej nie za szybkie tempa, mięsiste brzmienie (np. perkusja w Fear Of Destruction), spójna gatunkowo i bez zbędnych solówek, ideał? Niemalże.
„The Longest Journey” to płyta ciekawa, nie znajdziemy tam dwóch takich samych utworów. Każdy z nich ma inną dynamikę, inaczej prze do przodu. Moimi faworytami są Lights In Chains (bardzo dobra melodia wokalu w refrenie) oraz przedostatni Fear Of Destruction (wreszcie doczekałem się blastów, a tak na serio, to kawałek ostro buja). I jedyne co nie podoba mi się w tej płycie to ostatni, kompletnie nietrafiony utwór. Panowie nagrali wersję akustyczną czwartego tracka i niestety nie pasuje on do poprzedniej groove metalowej części. Taki mały minus, żeby było do czego się przyczepić.
Smash of Broken Glass ma jeszcze całą karierę przed sobą, wydali dopiero swoją pierwszą płytę, więc mają czas na wybranie w którą stronę chcą się udać. Gdzie by nie poszli tam im się uda. Ja czekam na drugą płytę.
Filip Szyszkowski
Recenzje płyt