
Od premiery ostatniej studyjnej płyty Kazika Na Żywo minęło bagatela, dwanaście lat. To kawał czasu, nie tylko w świecie rocka - zmieniają się style, trendy, oczekiwania i jak powszechnie wiadomo, nie wszystkie reaktywacje po tak długim czasie okazują się udane. A jak jest w tym przypadku?
W ostatnim czasie Kazikowi towarzyszyło wiele kontrowersji, nie było się bez nich także w przypadku premiery "Baru La Curva". Zapewne wielu z was słyszało o słynnej aferze “bo piosenka była za długa”. Odłóżmy jednak to wszystko na bok i skupmy się na samej muzyce. Muzycy w końcu wzięli sobie do serca nazwę swojego zespołu i postanowili album po prostu na setkę, grając w jednym pomieszczeniu. Podobno całość powstała w niezwykle krótkim czasie. I to słychać. Płyta eksploduje dynamiką, brzmi niezwykle spontanicznie, momentami wręcz garażowo i w żadnym wypadku nie sprawia wrażenia wymęczonej na siłę produkcji, ani też broń Boże, nikomu niepotrzebnej reaktywacji. Jeśli wierzyć słowom Kazika, płyta ma dwa tytuły i została podzielona na dwie części - pierwsza z nich zawiera bardziej zwarte i energetyczne kompozycje, druga zaś te rozbudowane, stawiające bardziej na klimat niż wywołanie zamieszania pod sceną. Zmieniły się też inspiracje - pod względem muzycznym to kolejny, zaraz po Luxtorpedzie, efekt fascynacji Litzy stonerowymi brzmieniami i stylistyką zespołów takich jak Queens Of The Stone Age i Kyuss. Praktycznie w każdym utworze słyszymy charakterystyczne "pustynne" gitary wygrywające całkiem smakowite riffy, wsparte jak zwykle świetną grą sekcji czyli Kwiatka i Goehsa. Po premierze płyty tu i ówdzie pojawiły się głosy narzekające na monotonię i brak przebojów. Prawda to? W żadnym wypadku. "Bar La Curva" na pewno nie jest płytą do jednorazowego przesłuchania i odłożenia na półkę, ale po kilku dawkowaniach, od niektórych piosenek nie można się po prostu uwolnić. Wybrane do promocji płyty, narastające i hipnotyczne “Plamy Na Słońcu” to faktycznie jeden z “większych” utworów w twórczości grupy, za sprawą refrenu nawiązujący do dawnych hitów Kazika. Z łatwością znajdziemy tu także kilka koncertowych killerów (Hanna Gronkowiec Walczy, Marzenia Swoje Miej, Nie Ma Boga). Chociaż nie da się ukryć że to nieco inny, mniej agresywny i szalony KNŻ niż przed laty. Z jednej strony dojrzalszy, z drugiej strony - na pewno nie tak czadowy jak poprzednie produkcje zespołu, ale bardziej wyluzowany i bezpośredni, niczym ostatni, świetny zresztą album Kultu. Niewiele tu także nawiązań do hip - hopu. Nie zawodzi także tekstowo główny bohater tej płyty - jak zwykle otrzymujemy zestaw wnikliwych, Kazikowych obserwacji socjologiczno-politycznych, pełnych charakterystycznych dla niego grepsów. Mimo że, w jednym z utworów autoironicznie śpiewa “skończyłem się”, przy takich produkcjach jak ta, chyba nie musimy się o to na razie martwić. Przed wami po prostu kolejna dobra płyta nieśmiertelnego Kazelota. Kupować i słuchać.
Krzysztof Stachowiak
Recenzje płyt