
(foto: Paweł Postalaniec)
Czego polscy muzycy mogliby się nauczyć od tych amerykańskich? Jak współpracowało się z Johnem "Loud" Davisem? Jak odbierali muzykę Glacy ludzie w Stanach Zjednoczonych? Czy współpracując przez Internet można osiągnąć taki efekt jak w studio? Czy jest szansa na nową płytę Sweet Noise? Do kogo trafiają utwory Glacy i Peji? Odpowiedzi na te pytania, a także na wiele innych, znajdziecie w naszym wywiadzie z Glacą.
Kilka dni temu odbył się pierwszy koncert My Riot w Poznaniu. Jesteś zadowolony z tego występu?
Moje wrażenia po tym koncercie są bardzo pozytywne. Ten występ wyzwalał we mnie sporo emocji. Wiązało się to z tym, że dawno nie grałem w Poznaniu, że grali z nami Żuk - mój pierwszy basista ze Sweet Noise, Peja oraz Śliwa. Wszystko sprzyjało temu, żeby emocje szły do góry, ale sądzę że finalnie zagraliśmy tak jak trzeba. Na scenie pokazaliśmy dużo energii, mocy i prawdy, która jest wypadkową mojego działania zarówno w My Riot jak i poza tym projektem. Wykonaliśmy kilka utworów, które zagrane na żywo nabierają chyba nieco innego sensu. Dało mi to sporą satysfakcje i natchnienie do dalszych działań.
To kolejny Twój wspólny koncert z Peją. Kiedy pierwszy raz wspólnie nagraliście utwór „Jeden taki dzień”, spotkało się to ze sporym zaskoczeniem. Dzisiaj Wasza współpraca już chyba specjalnie nikogo nie dziwi. Peja gra na Twoich koncertach, Ty na jego. Czy Twoim zdaniem słuchacze otworzyli się na połączenie rapu z cięższą muzyką?
Widzę to od samego początku grając na scenie z Peją. Nasz duet i nasze działania znajdują coraz więcej zwolenników. Także kiedy Peji ze mną nie ma, a gram utwory z jego featuringami. Nagraliśmy utwory, które budzą totalny aplauz publiczności. Zarówno rockowej, metalowej jak i hiphopowej. Ta muzyka wymyka się poza ograniczenia stylowe. Wiele osób utożsamia się z tymi utworami, ponieważ w tekstach zarówno Peji, jak i moich zawarty jest ważny przekaz. Trafia to do ludzi z kompletnie przeróżnych kręgów: żużlowców, ludzi walczących na ringu, biznesmenów... Gdzieś tam na trasie rozmawiałem nawet z prostytutkami, które mówiły mi o „Jeden taki dzień” (śmiech) Aż dziwna sprawa, że te utwory trafiają do tak różnych ludzi. To prawda - słuchacze są coraz bardziej otwarci na nasz duet.
Jesteś prekursorem w Polsce jeśli chodzi o crossovery. Jaki jest Twój ulubiony utwór tego typu i jak wpadłeś na to żeby zrobić coś podobnego w naszym kraju?
Nie będę nowatorski w swoim wyborze – na pewno działali na mnie prekursorzy, czyli RUN DMC i Aerosmith. Z pewnością także Rage Against the Machine, aczkolwiek w tym przypadku połączenie gitar i rapu to był wewnętrzny pomysł zespołu. Chciałem nagrać coś takiego, ponieważ czułem że te dwa gatunki można pięknie połączyć w całość. To muzyka miejska, która ma w sobie bunt i energię. Peja był dla mnie jedynym i idealnym kandydatem do nagrania tych utworów. Nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego na to miejsce. Moim zdaniem, w polskiej muzyce nie ma drugiego takiego człowieka jak on. Peja jest przedstawicielem ludzi zmagającymi się z trudnymi realiami, którzy muszą walczyć o każdy dzień, o przetrwanie, o przeżycie. Ja miałem zupełnie inne doświadczenia niż Peja i pisałem teksty z kompletnie innej perspektywy. Dlatego też nasze zderzenie jest tak owocne, to na tym polega czar tego co robimy.
Poza Peją i Śliwą, współpracowałeś także z hiphopowym producentem, czyli z Matheo. Jak doszło do tej współpracy?
Współpraca z Matheo to kwestia związana z galą KSW, która właśnie się odbyła. Nasz wspólny utwór był propozycją Maćka Kawulskiego, czyli jednego z organizatorów tej gali. Matheo poinformował mnie o propozycji Macieja, pomysł mi się spodobał i doszło do realizacji remixu utworu „Sen”. Matheo zrobił kawał dobrej roboty. To zupełnie inaczej brzmiący utwór niż oryginał, ale myślę że to najlepszy remix który powstał. Występ na KSW to dobra droga promocji dla My Riot, ponieważ bardzo dużo ludzi się tym interesuje.
Sporo czasu spędziłeś w Stanach Zjednoczonych. Mówiłeś, że dużo się tam nauczyłeś jako muzyk. Czego konkretnie polscy muzycy mogliby nauczyć się od tych amerykańskich?
Wydaję mi się, że rzeczą którą warto przenieść ze Stanów na nasz grunt jest etos pracy. To jest tam bardzo ważne. W Stanach wszyscy dużo pracują, co wiąże się z pokorą i docenianiem innych. Na pierwszym miejscu stawiają tam pracę, a dopiero później chcą zbierać żniwa. Obserwowałem największe gwiazdy rocka, którym nie odbiła sodówka i które nie zachowywały się jak gwiazdorzy. Niestety w Polsce spotykałem się z takim zachowaniem często, a nie było to podparte osiągnięciami czy pozycją na scenie. Zachwyciłem się także komunikatywnością i ciekawością świata Amerykanów. Amerykańscy muzycy interesują się innymi artystami, są głodni progresu. Wszyscy wierzą w postęp, a nie w powielanie 40 raz tej samej formuły. To potwierdziło słuszność mojej własnej tezy o łamaniu barier, kreatywności, szukaniu nowych dróg i dążeniu do celu. Moja wizyta w Stanach przywróciła mi wiarę w to wszystko.
Mieszkając w Stanach pracowałeś nad My Riot wspólnie z Hackerem, który mieszka w Sopocie. Czy współpracując przez Internet można osiągnąć taki sam efekt jak spotykając się wspólnie w studio?
Internet na pewno nie jest w stanie zastąpić spotkania z człowiekiem. My także spotkaliśmy się w studio i nie wyobrażam sobie współpracy bez tego epizodu, bez spotkania twarzą w twarz. To że na początku nie znaliśmy się osobiście, na pewno miało wpływ na naszą pracę. Wysyłając sobie pliki chcieliśmy wykreować nowy styl. Nie było między nami konfliktów, a bardziej byliśmy ciekawi tego co możemy wspólnie stworzyć. Możliwość spotkania w realu była dla nas bardzo ważna.
Pracując online działaliśmy bardzo szybko, praca w studio jeszcze bardziej przyspieszyła nasze działania i decyzję. Poznając się osobiście złapaliśmy wspólny język i wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć.
Masteringiem płyty „My Riot” zajął się John „Loud” Davis, człowiek który współpracował z U2, Sade czy The Prodigy. Cieszyłeś się z możliwości działania z takim profesjonalistą czy miałeś jakieś obawy?
Nie miałem żadnych obaw żeby pokazać mu swoją muzykę. Nie można zapominać że wcześniej współpracowałem z Bobem Ludwigiem, czyli totalną legendą masteringu - człowiekiem który współpracował z jeszcze większymi tuzami rocka, takimi jak na przykład Jimi Hendrix. Skoro odważyłem się pokazać swój materiał Bobowi, teraz nie miałem żadnych obaw. Tym bardziej że John robiąc próbny mastering kawałka „Sen”, wyrażał się o nim bardzo pochlebnie. Na pewno oddanie mu naszego materiału było dla mnie kolejną ważną nauką i zaszczytem, a także momentem w którym mogłem usiąść na kanapie i odpocząć w spokoju po nagraniu płyty. Mówiłem mu: „ufam ci, jestem szczęśliwy że jestem w tym miejscu i że oddaje w twoje ręce nasze mixy”. Już po pierwszym zmasterowanym numerze stwierdziłem: „słyszę tutaj międzynarodową jakość”. Pracuję z ludźmi, którzy patrzą na muzykę globalnie, poza zaściankowo i lubię wykonywać takie ruchy. Pracując z ludźmi z topu, mam gwarancje że finalny produkt będzie najwyższej jakości.
Mówiłeś, że John Davis wyrażał się pochlebnie o Twoim materiale. Jak Twoją muzykę odbierali inni ludzie w Stanach? Czy Twoim zdaniem śpiewając po polsku można trafić do odbiorcy zagranicznego?
Myślę, że można trafić, ale wyłącznie w ramach pewnej ciekawostki, niszowego projektu. Reakcje na moją muzykę były bardzo dobre – spotykałem się z ciekawością, podziwem. Nie wiem czy sprzedanie muzyki z językiem polskim na zachodzie jest niewykonalne, ale na pewno trudne. Myślę, że mogłoby się to udać z MT.void, a jeśli będę próbować dokonać ekspansji poza Polskę z My Riot to z tekstami po angielsku. Nie wykluczam tego.
A co ze Sweet Noise? Wielu ludzi bardzo ciekawi czy jest szansa na kolejną płytę i jeśli tak to kiedy...
Bardzo bym chciał by powstała kolejna płyta Sweet Noise. Podchodzę do tematu ostrożnie, ale szukam wyjścia z tej sytuacji i zacząłem pewne działania. Nie zamknąłem historii, ona jest otwarta i wszystko jest możliwe. Chciałbym natomiast, by powstał mega mocny, konkretny zespół ludzi, który będzie szanował spuściznę nazwy Sweet Noise i będzie gotów ją przenieść w nowy wymiar. Dopóki nie wymyślę satysfakcjonującego wyjścia z tej sytuacji, nie zrobię żadnych fałszywych ruchów. Od robienia czegoś na siłę, wolę żeby to była trwająca legenda. Jeżeli tylko trafi się odpowiedni moment to powstanie następna płyta Sweet Noise.

(Foto: Rafał Andrzejewski)
Gdybyś mógł podzielić się swoim muzycznym doświadczeniem, co radziłbyś młodym zespołom odwiedzającym nasz portal?
Podstawowym błędem młodych zespołów jest zapominanie o zawieraniu w muzyce trzech rzeczy – emocji, pasji i życia. Robienie muzyki bez tych składników, jest moim zdaniem błędem. Wtedy jest to nieprawdziwe i słabe. Pisanie każdej piosenki, granie każdego koncertu, powinno wyglądać tak jakby to była ostatnia rzecz, którą ktoś ma zrobić w swoim życiu. Trzeba traktować wyjście do ludzi niczym wyjście na pierwszą linię frontu. Musisz przetrwać i udowodnić, że jesteś silny i masz coś do powiedzenia. To trudne wyzwanie. Nie wolno skupiać się na lansie, a na pracy połączonej z pokorą i cierpliwością.
Ostatnio rozmawiałem z pewnym zespołem z Poznania, któremu kibicuję od jakiegoś czasu. Grają naprawdę dobrze, ale mieli bardzo kiepskiego wokalistę. Musiałem im szczerze powiedzieć, że ten człowiek gra już tyle lat, że miał szansę na zrobienie postępu, a nadal jest najsłabszym ogniwem. Proponowałem im by go wyrzucili i znaleźli jakieś wyjście z tej sytuacji. Wybrali opcje pożegnania się z kolegą, który nie traktował należycie poważnie swej pracy. Dzisiaj grają instrumentalnie.
W Polskiej muzyce brakuje takiego poczucia, że jak zaczyna się grać to należy to robić na śmierć i życie. W Stanach widziałem to w każdym projekcie, czy był to mały koncert noname'ów czy wielki występ króla. Za każdym razem miałem wrażenie, że ci ludzie jadą totalnie po bandzie i traktują muzykę jako ważną sprawę. Namawiam do tego wszystkich, a reszta sama przyjdzie. Chociaż oczywiście nie ma gwarancji, że droga muzyka, to droga która musi się opłacić. To nie jest tak, że grając musisz zarobić. Na końcu może się okazać, że nie mamy samochodu czy domu, a jedyne co nam pozostało to sztuka i na przykład pięć zajebistych płyt. Czy warto iść tą drogą? Na to musi sobie odpowiedzieć każdy z osobna i wziąć to na swoją własną odpowiedzialność.
Dziękuję za wywiad!
Rozmawiał: Jakub Sommerfeld
Foto:
Paweł Postalaniec (Taste My Riot Tour - Stodoła Warszawa) - zdjęcie górne
Rafał Andrzejewski (sesja dickies) - zdjęcie dolne
Znani dla FZ
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.